Seria „Gdzie się schował wóz strażacki?” oraz „Gdzie się schowała kaczuszka?” to propozycja skierowana do najmłodszych czytelników, którzy dopiero rozpoczynają swoją przygodę z książkami. Już samo wydanie sugeruje, że mamy do czynienia z publikacjami stworzonymi z myślą o małych rączkach. Grube, kartonowe strony są odporne na zginanie, a filcowe klapki zachęcają do aktywnego odkrywania kolejnych elementów. To nie są książki do biernego słuchania, lecz do dotykania, podnoszenia i sprawdzania, co kryje się pod materiałową zakładką.
Ilustracje są proste i wyraziste. Duże oczy postaci, mocne kolory i czytelne kształty sprawiają, że obrazy są łatwe do rozpoznania nawet dla bardzo małego dziecka. Minimalizm graficzny działa tu na korzyść nie ma przeładowania detalami, które mogłyby rozpraszać uwagę. Wszystko podporządkowane jest jednemu celowi: skupieniu dziecka na szukaniu ukrytego bohatera.
Treść jest bardzo oszczędna, co dla części dorosłych może być rozczarowujące. Nie znajdziemy tu rozbudowanej historii ani narracji, która rozwija wyobraźnię w klasyczny sposób. Konstrukcja opiera się na powtarzalnym schemacie pytania i odkrywania odpowiedzi pod klapką. Jednak w kontekście wieku odbiorcy taki zabieg ma sens. Dla rocznego czy dwuletniego dziecka sama czynność podnoszenia klapki i przewidywania, co znajduje się pod spodem, jest ekscytująca i rozwojowa. Dodatkowym atutem jest lusterko, które wprowadza element zaskoczenia i wywołuje spontaniczną radość, gdy maluch nagle widzi własne odbicie.
W mojej ocenie są to bardzo dobre książki sensoryczne na początek. Jako pierwsze doświadczenie czytelnicze sprawdzają się bardzo dobrze. Angażują, rozwijają motorykę małą i uczą prostych skojarzeń, a przy tym są solidnie wykonane. To propozycja, która najlepiej spełnia swoje zadanie wtedy, gdy traktujemy ją nie jako literaturę w tradycyjnym sensie, lecz jako narzędzie wspierające rozwój i budowanie pierwszych, pozytywnych skojarzeń z książką.



