Przejdź do głównej zawartości

SOCIAL MEDIA


Biddle to gra przeznaczona dla 2-5 graczy w wieku od 8-108 lat. W pudełku znajdziemy planszę, pionki w 4 kolorach, karty z wyzwaniami oraz instrukcję i pomoc podczas gry ze wskazówkami.

„Biddle” to jedna z tych gier, których zasady można wytłumaczyć bardzo szybko, ale już po pierwszej rundzie okazuje się, że pod prostą mechaniką kryje się całkiem sporo emocji. Główną rolę odgrywają tutaj kości, jednak samo szczęście zdecydowanie nie wystarczy. Trzeba również dobrze ocenić swoje możliwości, podjąć ryzyko i – co najważniejsze – wiedzieć, kiedy przestać licytować.


 

Każda runda rozpoczyna się od odkrycia karty z wyzwaniem. Zadania są różne: czasami trzeba uzyskać odpowiednią sumę oczek, innym razem wyrzucić konkretne wartości, liczby parzyste czy określoną kombinację. Gracze licytują, w ilu rzutach uda się wykonać dane zadanie. I właśnie tutaj zaczyna się najlepsza część zabawy. Ktoś twierdzi, że potrzebuje sześciu rzutów? A może ja zrobię to w pięć? A skoro pięć, to może cztery? Bardzo łatwo dać się ponieść i zadeklarować wynik, którego później trudno dotrzymać.

Po zakończeniu licytacji gracze dzielą się na dwie strony. Jedni wierzą, że wyzwanie uda się zrealizować, a pozostali obstawiają porażkę. Dzięki temu nawet wtedy, gdy sami nie rzucamy kośćmi, nadal jesteśmy zainteresowani wynikiem. Każdy kolejny rzut może całkowicie zmienić sytuację i zdarza się, że zadanie wyglądające początkowo na banalne nagle okazuje się niemal niewykonalne.


 

Dużym plusem „Biddle” jest różnorodność wyzwań. W pudełku znajduje się aż 55 kart, więc nie wykonujemy przez całą partię jednego rodzaju zadania. Jedne wydają się łatwe do oszacowania, przy innych zdecydowanie trudniej przewidzieć, ile rzutów rzeczywiście będzie potrzebnych.

Gra jest mocno losowa – w końcu jej podstawą jest rzucanie kośćmi – dlatego osoby oczekujące przede wszystkim strategicznego planowania mogą czuć pewien niedosyt. Tutaj nawet najlepsze założenia potrafi przekreślić jeden fatalny rzut. Z drugiej strony właśnie ta nieprzewidywalność jest źródłem większości emocji. „Biddle” nie próbuje być poważną grą strategiczną. To lekki, rodzinny tytuł oparty na ryzyku, licytowaniu i sprawdzaniu, czy rzeczywiście jesteśmy w stanie zrobić to, co przed chwilą tak pewnie zadeklarowaliśmy.

Podoba mi się również to, że zasady są na tyle proste, że do rozgrywki można szybko zaprosić osoby, które na co dzień nie grają w planszówki. Nie trzeba długo studiować instrukcji ani tłumaczyć wielu wyjątków. Jednocześnie sama licytacja sprawia, że gracze mają ze sobą dużo więcej kontaktu niż w typowej grze polegającej wyłącznie na rzucaniu kośćmi.

„Biddle” najlepiej widzę na rodzinnym stole albo podczas spotkania ze znajomymi, kiedy mamy ochotę na coś szybkiego i niezobowiązującego. Partia trwa około pół godziny, więc gra nie zdąży się znudzić, a po zakończeniu bez problemu można rozpocząć kolejną.


 

Podsumowując, „Biddle” pozytywnie zaskakuje tym, ile emocji potrafi wyciągnąć z bardzo prostego pomysłu. Licytowanie liczby rzutów, podejmowanie coraz większego ryzyka i kibicowanie powodzeniu albo porażce innych sprawiają, że przy stole cały czas coś się dzieje. Trzeba jedynie zaakceptować sporą dawkę losowości. Jeśli jednak lubicie szybkie gry rodzinne, kości i odrobinę hazardowego „a ja zrobię to w mniej!”, zdecydowanie warto dać jej szansę.


Biddle gra imprezowa

 

„Dinuś nie chce spać” to kolejna sympatyczna książeczka dla najmłodszych, tym razem poruszająca temat, który chyba zna większość rodziców zbliża się pora snu, ale dziecko ma zupełnie inne plany. Dinuś zdecydowanie nie zamierza jeszcze kłaść się do łóżka. Przecież można zrobić tyle ciekawszych rzeczy!

Bardzo podoba mi się sam pomysł na tę historię, bo jest bliski dziecięcej codzienności. Wieczorne przeciąganie pory spania, wymyślanie kolejnych zajęć czy nagły przypływ energii tuż przed położeniem się do łóżka to sytuacje, które maluchy bez problemu rozpoznają. Dzięki Dinusiowi mogą spojrzeć na nie trochę z boku i zobaczyć, że nie tylko one nie mają ochoty kończyć dnia.

Książeczka w prosty i przystępny sposób oswaja również wieczorną rutynę. Pokazuje, że wyciszenie się 
i przygotowanie do snu są naturalną częścią dnia. Nie robi tego jednak w formie pouczającej lekcji. Dinuś pozostaje przede wszystkim zabawnym bohaterem, któremu przydarza się coś, co doskonale znają mali czytelnicy.



 Dużym atutem są elementy, które angażują dziecko podczas wspólnego czytania. Do tego dochodzi scena pop-up, która dla malucha może być sporą atrakcją i sprawia, że książeczkę chce się nie tylko czytać, ale również oglądać i odkrywać.

Podobnie jak w „Dinuś chce być duży”, bardzo dobrze wypada oprawa graficzna. Ilustracje Pauli Bowles są kolorowe, pogodne i pełne humoru, a sam mały dinozaur jest niezwykle sympatyczny. Całość jest prosta i czytelna, dzięki czemu dobrze pasuje do książki przeznaczonej dla najmłodszych.

„Dinuś nie chce spać” widzę przede wszystkim jako książeczkę do wspólnego wieczornego czytania. Można włączyć ją do codziennego rytuału przed snem, a przy okazji porozmawiać z dzieckiem o tym, co ono robi przed położeniem się do łóżka.

 

To lekka, ciepła i zabawna historia o bardzo zwyczajnym dziecięcym problemie. Nie próbuje przekonać malucha do snu długimi tłumaczeniami, tylko robi to poprzez przygodę bohatera, z którym łatwo się utożsamić. A jeśli dziecko dodatkowo uwielbia dinozaury, Dinuś może szybko stać się jednym z jego ulubionych wieczornych towarzyszy.

 

 

Dinuś nie chce spać.

 


„Dinuś chce być duży” to książeczka skierowana do najmłodszych czytelników, która w bardzo prosty 
i przyjazny sposób podejmuje temat zdrowego odżywiania. Głównym bohaterem jest mały Dinuś, który jak wiele dzieci chciałby jak najszybciej stać się duży. Historia pokazuje, że aby rosnąć, mieć siłę 
i energię, warto dobrze i różnorodnie się odżywiać.

Bardzo podoba mi się sposób, w jaki został tutaj przedstawiony temat jedzenia. Nie mamy moralizowania ani dzielenia produktów na „dobre” i „złe”. Zamiast tego dziecko poznaje je razem z sympatycznym bohaterem. Dzięki temu książka może być również dobrym pretekstem do rozmowy z maluchem o tym, dlaczego na naszym talerzu pojawiają się różne produkty i dlaczego warto od czasu do czasu spróbować czegoś nowego.


 

Sama historia jest krótka i nieskomplikowana, co w przypadku książeczki dla najmłodszych uważam za zaletę. Najważniejszy jest tutaj Dinuś, jego przygoda i możliwość wspólnego przeżywania opowieści. Dodatkową atrakcją są elementy interaktywne oraz scena pop-up. Takie rozwiązania zdecydowanie urozmaicają czytanie i sprawiają, że książeczka nie kończy się na samym słuchaniu tekstu można ją oglądać, odkrywać i wspólnie się nią bawić.

Na uwagę zasługują też ilustracje. Są kolorowe, pogodne i pełne sympatycznych detali. Dinuś od razu wzbudza sympatię, a cała oprawa graficzna jest dostosowana do wieku odbiorcy dużo się dzieje, ale strony nie są przy tym przeładowane.

Myślę, że „Dinuś chce być duży” może szczególnie dobrze sprawdzić się w okresie, kiedy dziecko zaczyna interesować się jedzeniem albo przeciwnie coraz częściej oznajmia, że czegoś „nie lubi”, zanim jeszcze tego spróbuje. Oczywiście książeczka nie sprawi magicznie, że mały niejadek zacznie zajadać wszystkie warzywa, ale może pomóc oswoić temat i zachęcić do rozmowy bez wywierania presji.

To przyjemna, kolorowa i pomysłowo wydana książeczka, w której edukacyjny temat został połączony z zabawą. Największym atutem jest dla mnie to, że zdrowe odżywianie nie jest tutaj przedstawione jak lekcja – jest po prostu częścią przygody Dinusia. Dzięki temu przekaz jest naturalny i odpowiedni nawet dla naprawdę małych czytelników.

 

Dinuś chce być duży.


Magazyn Squishmallows 3/2026 od razu przyciąga uwagę kolorową, pastelową okładką i oczywiście bohaterami znanymi wszystkim fanom tych charakterystycznych pluszaków. Tym razem oprócz samego magazynu otrzymujemy również całkiem pokaźny zestaw dodatków: spiralowany notes oraz dwa słodkie pisaki-zakreślacze. Już na pierwszy rzut oka całość prezentuje się naprawdę atrakcyjnie i zdecydowanie wyróżnia się na sklepowej półce.

Co znajdziemy w środku?

Sam magazyn jest wypełniony różnego rodzaju aktywnościami związanymi ze światem Squishmallows. Znajdziemy tutaj kolorowanki, łamigłówki, zadania na spostrzegawczość, rysowanie, łączenie elementów i inne kreatywne zabawy. Wszystko utrzymane jest oczywiście w charakterystycznej, bardzo kolorowej stylistyce.

Podoba mi się przede wszystkim to, że zadania są różnorodne. Nie jest to magazyn składający się wyłącznie z kilku kolorowanek przeplatanych reklamami. Dziecko może trochę porysować, trochę pogłówkować, a za chwilę przejść do zupełnie innego rodzaju aktywności. Dzięki temu całość powinna zająć na dłużej i nie znudzić się po przejrzeniu kilku pierwszych stron.

Na szczególną uwagę zasługują duże kolorowanki z postaciami Squishmallows. Ilustracje mają wyraźne, grube kontury oraz sporo dużych powierzchni do wypełnienia. Dzięki temu świetnie sprawdzą się nie tylko kredki, ale również flamastry czy markery. Można trzymać się oryginalnych kolorów bohaterów albo stworzyć zupełnie własne wersje Squishmallows.

Duży format ilustracji jest też plusem dla młodszych dzieci, którym znacznie łatwiej kolorować większe pola niż bardzo drobne i szczegółowe obrazki.


Notes to zdecydowanie jeden z najlepszych dodatków

Do magazynu dołączono niewielki notes na kolorowej spirali. I muszę przyznać, że nie wygląda on jak przypadkowy, tani gadżet dodany tylko po to, aby znalazł się jakiś prezent.

Okładka jest bardzo kolorowa i pełna uroczych elementów – znajdziemy na niej m.in. ananasa, truskawkowego Squishmallow, napój, serduszka czy okulary. U góry wystają dodatkowo małe zakładki 
z kolejnymi postaciami. Wszystko jest utrzymane w pastelowym różowo-miętowym klimacie.

W środku mamy miejsce na własne zapiski, rysunki, pomysły czy krótkie notatki. Taki notes może więc spokojnie zostać z dzieckiem również długo po rozwiązaniu wszystkich zadań z magazynu.

Największe wrażenie robią jednak dwa dołączone pisaki-zakreślacze. Pierwszy ma postać różowego, truskawkowego kotka, a drugi wygląda jak uroczy kartonik mleka z napisem „MILK”.

I tutaj zdecydowanie wygrywa wygląd. Są naprawdę słodkie, mają mnóstwo drobnych detali i bardzo dobrze pasują do całej estetyki Squishmallows. Po zdjęciu górnej części otrzymujemy klasyczną końcówkę zakreślacza, więc nie są to jedynie figurki można ich normalnie używać podczas rysowania, zaznaczania czy ozdabiania notesu.


 

Myślę, że dla wielu dzieci właśnie notes i pisaki będą największą atrakcją tego numeru. Szczególnie że można od razu wykorzystać je razem pisać i rysować w notesie, tworzyć własne strony albo używać ich później w szkole.

Squishmallows 3/2026 to bardzo przyjemne wydanie, które łączy magazyn z zadaniami, kolorowankę 
i mały zestaw papierniczy. Jest kolorowo, słodko i bardzo kreatywnie.


Za 24,99 zł otrzymujemy sporo rzeczy, a dodatki nie sprawiają wrażenia wrzuconych do zestawu na siłę. Jeśli macie w domu małego fana Squishmallows albo szukacie niedrogiego prezentu dla dziecka, zdecydowanie warto zwrócić uwagę na ten numer.


Magazyn Squishmallows 3/2026


„Wypożyczalnia zagubionych marzeń” Kim Hyo Yeon to jedna z tych książek, które nie próbują zachwycić nagłymi zwrotami akcji, lecz spokojnie prowadzą czytelnika przez historię pełną emocji, refleksji i nadziei. To opowieść o ludziach, którzy na różnych etapach życia pogubili swoje marzenia, stracili wiarę w siebie lub utknęli w codziennej rutynie. Autor pokazuje, że nawet wtedy, gdy wydaje się, że wszystko zostało już stracone, zawsze istnieje szansa na odnalezienie nowego celu i odzyskanie radości życia.

Największą siłą tej powieści są bohaterowie. Każdy z nich wnosi do historii coś wyjątkowego, a ich problemy wydają się bardzo prawdziwe i bliskie. Łatwo odnaleźć w nich cząstkę siebie lub osób ze swojego otoczenia. Ich przemiany nie są przesadzone ani nierealistyczne zachodzą stopniowo, dzięki czemu cała opowieść wydaje się autentyczna i wiarygodna. To właśnie relacje między postaciami oraz ich wzajemne wsparcie sprawiają, że książkę czyta się z dużym zaangażowaniem.

Bardzo spodobał mi się klimat powieści. Jest ciepły, spokojny i momentami wręcz kojący. Autor potrafi tworzyć miejsca, do których chciałoby się zajrzeć choć na chwilę, aby odpocząć od codziennego pośpiechu. W trakcie lektury można odnieść wrażenie, że czas płynie wolniej, a każda rozmowa i każde spotkanie mają swoje znaczenie. To książka, która zachęca do zatrzymania się i zastanowienia nad własnymi marzeniami oraz tym, co naprawdę daje szczęście.

Styl Kim Hyo Yeon jest lekki i przyjemny, ale jednocześnie pełen wrażliwości. Nie znajdziemy tutaj przesadnego patosu ani sztucznie wywoływanych wzruszeń. Emocje pojawiają się naturalnie i właśnie dlatego robią tak duże wrażenie. Autor umiejętnie przeplata smutniejsze momenty z bardziej pogodnymi, dzięki czemu historia zachowuje odpowiednie tempo i nie przytłacza czytelnika.

To nie jest książka dla osób szukających dynamicznej fabuły i ciągłych niespodzianek. Zdecydowanie bardziej przypadnie do gustu miłośnikom literatury obyczajowej z nutą refleksji, którzy cenią historie o zwyczajnych ludziach i ich codziennych zmaganiach. Mimo spokojnego charakteru ani przez chwilę nie miałam wrażenia, że lektura się dłuży. Wręcz przeciwnie z każdą kolejną stroną coraz bardziej chciałam dowiedzieć się, jak potoczą się losy bohaterów.

„Wypożyczalnia zagubionych marzeń” pozostawia po sobie ciepłe, budujące uczucie i przypomina, że nigdy nie jest za późno, aby spróbować zawalczyć o swoje pragnienia. To powieść pełna empatii, życzliwości i subtelnej mądrości, która skłania do przemyśleń jeszcze długo po zakończeniu lektury. Z przyjemnością polecam ją wszystkim, którzy szukają historii niosącej nadzieję i pokazującej, że nawet najmniejsze zmiany mogą prowadzić do wielkich życiowych przemian.


„Ty, ja, ona” Sue Watson to thriller psychologiczny, który bazuje na jednym z najbardziej klasycznych motywów gatunku: pozornie stabilnym związku, który zaczyna się rozpadać pod wpływem tajemnic, niedopowiedzeń i pojawienia się trzeciej osoby. I od razu warto powiedzieć wprost to książka, która nie próbuje odkrywać tego schematu na nowo, tylko raczej go „sprawnie wykorzystać”.

Historia skupia się na małżeństwie, które przeprowadza się do nowego domu, licząc na świeży start. Z pozoru wszystko wygląda poprawnie: codzienność, relacja, próba odbudowania bliskości. Jednak bardzo szybko pojawiają się pęknięcia drobne nieścisłości, dziwne zachowania, wrażenie, że coś jest ukrywane. W tym momencie do gry wchodzi tytułowa „ona”, czyli postać, która zaburza delikatną równowagę i uruchamia całą spiralę podejrzeń.

Największą siłą tej książki jest sposób, w jaki budowane jest napięcie emocjonalne. Nie chodzi tu o dynamiczne zwroty akcji co kilka stron, tylko raczej o stopniowe narastanie niepewności. Autorka dobrze wykorzystuje perspektywę psychologiczną. Czytelnik zaczyna kwestionować nie tylko bohaterów, ale też własne interpretacje tego, co się dzieje. W pewnym momencie bardziej interesujące staje się nie „co się wydarzy”, tylko „kto mówi prawdę”.

Relacje między postaciami są napisane w sposób celowo niejednoznaczny. Dialogi często mają drugie dno, a zachowania bohaterów można interpretować na kilka sposobów. To działa na korzyść atmosfery, bo książka utrzymuje poczucie lekkiego niepokoju i braku stabilnego gruntu pod nogami.

Jednocześnie trzeba uczciwie przyznać, że konstrukcja fabuły jest dość przewidywalna dla osób, które czytają więcej thrillerów psychologicznych. Wiele elementów: zazdrość, manipulacja, tajemnice z przeszłości, stopniowe odsłanianie prawdy, to dobrze znane schematy. Zwroty akcji są poprawne, ale rzadko naprawdę zaskakujące, raczej potwierdzają to, co czujny czytelnik może zacząć podejrzewać wcześniej.

Pewnym minusem jest też wiarygodność niektórych decyzji bohaterów. Momentami zachowują się w sposób dość „fabularny”, czyli taki, który służy historii, ale nie zawsze brzmi naturalnie. 

Mimo tego książka spełnia swoją podstawową rolę: wciąga, czyta się ją szybko i płynnie, a napięcie utrzymuje się do końca na przyzwoitym poziomie. To raczej thriller „na jeden lub dwa wieczory” niż historia, która zostaje z czytelnikiem na długo.

Podsumowując: jeśli szukasz lekkiego, emocjonalnego thrillera o relacjach, zdradzie i manipulacji, to będzie solidna, przyjemna lektura. Jeśli jednak oczekujesz czegoś bardziej oryginalnego, głębszego albo mocno zaskakującego, możesz poczuć, że to już było wiele razy w podobnej formie.


Ty, ja, ona - Sue Watson

 


Nie każda książka dla dzieci musi zaskakiwać wartką akcją czy niezwykłymi przygodami, aby zostać w pamięci na długo. „Wszystkich was kocham najbardziej” udowadnia, że największą siłę mają historie opowiadające o codziennych emocjach, które zna każda rodzina. Już od pierwszych stron urzeka spokojnym tempem i ciepłą atmosferą, a zamiast skupiać się na wielkich wydarzeniach, pokazuje drobne chwile budujące poczucie bezpieczeństwa i bliskości. To opowieść, która przypomina, że dzieci potrzebują nie tylko słów, ale także pewności, że są ważne i kochane bez względu na okoliczności.

Największym atutem tej książki jest jej prostota. Autor nie komplikuje przekazu, nie moralizuje i nie próbuje na siłę przekazywać życiowych lekcji. Zamiast tego tworzy historię, która pozwala małemu czytelnikowi samodzielnie odnaleźć odpowiedzi na pytania o miłość, zazdrość i miejsce w rodzinie. Dzięki temu książka staje się doskonałym punktem wyjścia do rozmowy z dzieckiem o uczuciach, które często trudno nazwać.

Ogromne wrażenie robią również ilustracje. Są delikatne, pełne ciepłych barw i subtelnych detali, które doskonale współgrają z tekstem. Nie przytłaczają, lecz tworzą spokojny świat, do którego chce się wracać podczas kolejnego wspólnego czytania. To jedna z tych książek, które równie dobrze ogląda się, jak czyta.

To pozycja, która nie zachwyca spektakularną fabułą, ale autentycznością i umiejętnością pokazania wielkich emocji w prosty sposób. Sprawdzi się jako wieczorna lektura, prezent dla młodszych dzieci czy książka pomagająca oswoić temat rodzeństwa i rodzinnych relacji. Po zamknięciu ostatniej strony zostaje przede wszystkim poczucie spokoju i przekonanie, że najważniejsze słowa to te, które dają dziecku pewność, że jest kochane każdego dnia. To ciepła, mądra i pełna empatii historia, do której warto wracać nie tylko dla samej opowieści, ale także dla wspólnie spędzonego czasu.

 



 

 

To książka, która od pierwszych stron przypomina, że LEGO nie musi służyć wyłącznie do budowania modeli zgodnie z instrukcją, ale może stać się narzędziem do tworzenia własnych historii i rozwijania wyobraźni. „LEGO. Księga pomysłów. Podróże” jest pełna kolorowych inspiracji, dzięki którym zwykłe klocki zamieniają się w górskie krajobrazy, park wodny czy pojazdy. 

Największą zaletą tej publikacji jest to, że nie narzuca jednego właściwego sposobu budowania, lecz zachęca do eksperymentowania i tworzenia własnych wersji przedstawionych projektów. Zdjęcia są przejrzyste, estetyczne i skutecznie pobudzają kreatywność, a kolejne strony sprawiają, że od razu ma się ochotę sięgnąć po pudełko z klockami i zacząć budować. To książka, która bardziej inspiruje niż uczy i właśnie w tym tkwi jej urok.

Nie jest przeznaczona dla osób oczekujących szczegółowych instrukcji krok po kroku, ponieważ wiele modeli stanowi jedynie punkt wyjścia do własnych pomysłów. Dzięki temu można do niej wracać wielokrotnie i za każdym razem odkrywać nowe możliwości wykorzystania tych samych elementów. Motyw podróży został przedstawiony w ciekawy i różnorodny sposób, dlatego każdy znajdzie coś dla siebie - od miłośników przyrody po fanów pojazdów i dalekich wypraw. Książka rozwija wyobraźnię przestrzenną, zachęca do kreatywnej zabawy i pokazuje, że nawet z niewielkiej liczby klocków można stworzyć coś wyjątkowego. 

To świetna propozycja zarówno dla dzieci, jak i dorosłych, którzy lubią wspólnie spędzać czas i szukają inspiracji do budowania bez ograniczeń. Jest pięknie wydana, pełna energii i pozytywnych pomysłów, a po jej przeglądnięciu trudno oprzeć się wrażeniu, że największą wartością LEGO nie są gotowe zestawy, ale nieograniczona możliwość tworzenia własnych światów. Dlatego jest to publikacja, która nie tylko dostarcza wielu ciekawych pomysłów, ale przede wszystkim zachęca do kreatywności i przypomina, że najlepsze konstrukcje często powstają dzięki własnej wyobraźni.


Księga pomysłów. Podróże Lego


„Dary Ziemi” to książka, która bardziej przypomina spokojną rozmowę niż typową literaturę popularnonaukową. Robin Wall Kimmerer nie próbuje szokować katastroficznymi wizjami ani udowadniać czytelnikowi, że żyje źle. Zamiast tego pokazuje świat, w którym człowiek nie stoi ponad naturą, ale jest jej częścią i właśnie ta perspektywa robi największe wrażenie.

Najciekawsze jest to, że autorka potrafi pisać o roślinach, ziemi i relacjach między ludźmi a przyrodą w sposób bardzo emocjonalny, ale jednocześnie nie popada w przesadny patos. W wielu książkach ekologicznych czuć moralizowanie albo próbę wzbudzania poczucia winy. Tutaj tego praktycznie nie ma. Zamiast oskarżeń pojawia się refleksja: co by było, gdybyśmy przestali traktować wszystko wyłącznie jako zasób do wykorzystania?

Książka momentami działa wręcz terapeutycznie. Czyta się ją powoli, bo wiele fragmentów zmusza do zatrzymania się i zastanowienia nad rzeczami, o których na co dzień się nie myśli. Nad tym, jak bardzo współczesne życie opiera się na ciągłym braniu czasu, uwagi, pieniędzy, zasobów bez pytania, co dajemy w zamian. Kimmerer pokazuje alternatywę, ale robi to subtelnie i bez nachalnego idealizowania świata.

Jednocześnie to nie jest książka dla każdego. Jeśli ktoś oczekuje szybkiej akcji, konkretnych porad albo dynamicznej narracji, może się odbić. Autorka często zatrzymuje się przy obserwacjach i metaforach, a tempo jest spokojne. Chwilami miałam wrażenie, że niektóre myśli można było przekazać krócej, bo książka lubi krążyć wokół emocji i obrazów. Ale z drugiej strony właśnie dzięki temu ma swój wyjątkowy klimat.

Najbardziej zapadło mi w pamięć to, że po lekturze zaczyna się trochę inaczej patrzeć na zwykłe rzeczy. drzewa, jedzenie, relacje z innymi ludźmi czy nawet własne codzienne przyzwyczajenia. To jedna z tych książek, które nie wywołują nagłego zachwytu podczas czytania, ale zostają w głowie jeszcze długo po skończeniu ostatniej strony.

Nie jest to książka, która daje gotowe rozwiązania. Bardziej uczy uważności i zmienia sposób myślenia. 
I właśnie dlatego wydaje mi się wartościowa.


Dary ziemi - Robin Wall Kimmerer



Oddział D to książka, którą przeczytałam dosłownie w jeden wieczór. Od samego początku historia wciągnęła mnie na tyle, że trudno było mi ją odłożyć. Frieda McFadden po raz kolejny udowodniła, że potrafi stworzyć thriller, który trzyma w napięciu i nie pozwala czytelnikowi przewidzieć, jak wszystko się zakończy. Akcja rozgrywa się podczas jednej nocy na zamkniętym oddziale psychiatrycznym. Główną bohaterką jest Amy Brenner, studentka medycyny, która rozpoczyna dyżur na oddziale, którego od dawna się obawia. Już od pierwszych stron czuć, że ta noc nie będzie zwyczajna. Atmosfera jest gęsta, niepokojąca, a z każdą kolejną stroną napięcie rośnie. Najbardziej spodobało mi się to, że przez niemal całą książkę nie wiadomo, komu można zaufać. Każda postać wydaje się coś ukrywać, a czytelnik razem z Amy próbuje zrozumieć, co tak naprawdę dzieje się na oddziale. To sprawia, że historia jest bardzo angażująca i cały czas wzbudza ciekawość.

Ogromnym atutem książki jest klimat. Zamknięty oddział psychiatryczny, noc, dziwne zachowania pacjentów i poczucie izolacji tworzą naprawdę mroczną i klaustrofobiczną atmosferę. Czytając, momentami sama czułam niepokój i zastanawiałam się, co wydarzy się za chwilę. Bardzo podobało mi się również tempo akcji. Rozdziały są krótkie i dynamiczne, więc książkę czyta się bardzo szybko. Autorka umiejętnie kończy kolejne rozdziały w taki sposób, że od razu chce się przejść do następnego.

Zakończenie zrobiło na mnie duże wrażenie. Kiedy wydawało mi się, że już domyślam się rozwiązania, autorka całkowicie zmieniła moje spojrzenie na całą historię. To właśnie za takie niespodziewane finały  najbardziej cenię książki Friedy McFadden. Jeśli miałabym wskazać jakiś minus, to niektóre wydarzenia wydawały mi się trochę mało prawdopodobne. Jednak w przypadku takiej książki nie przeszkadzało mi to, ponieważ liczyły się przede wszystkim emocje i napięcie.

„Oddział D” to świetny thriller psychologiczny dla osób, które lubią mroczny klimat, szybkie tempo akcji i zaskakujące zakończenia. To idealna książka na wieczór, kiedy ma się ochotę na wciągającą historię, od której trudno się oderwać.

Oddział D - Frieda McFadden


 

„Mąka górą! Wypieki z krajów śródziemnomorskich” to książka, która od pierwszych stron sprawia, że ma się ochotę natychmiast włączyć piekarnik i zacząć piec. To nie jest typowa książka kucharska ograniczająca się wyłącznie do suchych receptur. Autor łączy przepisy z opowieściami o miejscach, kulturze i smakach, dzięki czemu lektura przypomina kulinarną podróż po krajach basenu Morza Śródziemnego. Widać, że przepisy zostały starannie wybrane i dopracowane, a jednocześnie nie są przesadnie skomplikowane. Znajdziemy tu zarówno znane klasyki, takie jak focaccia, pizza czy pita, jak i mniej popularne wypieki, które mogą być ciekawym odkryciem dla osób lubiących eksperymentować w kuchni.

Największe wrażenie robi różnorodność tej książki. Każdy rozdział przenosi czytelnika do innego kraju i pokazuje, jak ogromne znaczenie ma mąka w codziennym gotowaniu mieszkańców Włoch, Grecji, Hiszpanii, Portugalii czy Turcji. Autor nie ogranicza się do samych chlebów i bułek, ale pokazuje również przepisy na słodkie wypieki, wytrawne placki oraz dania, które mogą stać się podstawą rodzinnych spotkań przy stole. Dzięki temu książka jest bardzo uniwersalna i trudno się nią znudzić.

Ogromnym atutem są także fotografie. Zdjęcia są apetyczne, eleganckie i świetnie oddają klimat południowej Europy. Patrząc na nie, można niemal poczuć zapach świeżo upieczonego chleba i aromat oliwy z oliwek. Książka została wydana bardzo starannie, dlatego równie dobrze sprawdza się jako praktyczny poradnik, jak i piękny album kulinarny, do którego można wracać dla samej przyjemności przeglądania.

Bardzo podoba mi się styl Bartka Kieżuna. Pisze z pasją i lekkością, a jego opowieści nie są dodatkiem „na siłę”, lecz naturalnie uzupełniają przepisy. Dzięki nim można lepiej zrozumieć pochodzenie poszczególnych dań i poczuć, że za każdym wypiekiem kryje się konkretna historia, tradycja i sposób życia. To sprawia, że książka ma duszę i wyróżnia się na tle wielu innych publikacji kulinarnych.

Nie jest to jednak pozycja dla osób, które szukają wyłącznie bardzo szybkich i prostych przepisów na co dzień. Część receptur wymaga czasu, cierpliwości i dobrej organizacji, szczególnie jeśli chodzi o ciasta drożdżowe czy długo fermentujące chleby. Dla mnie nie jest to wada, lecz naturalna cecha dobrej książki o pieczeniu, bo najlepsze wypieki zawsze wymagają odrobiny zaangażowania.

„Mąka górą! Wypieki z krajów śródziemnomorskich” to jedna z tych książek, które nie tylko uczą, ale także inspirują do poznawania nowych smaków i kultur. Zachwyca pięknym wydaniem, dopracowanymi przepisami i atmosferą pełną słońca oraz południowego luzu. To doskonała propozycja zarówno dla miłośników domowego pieczenia, jak i dla osób, które lubią książki kulinarne z prawdziwą historią w tle. Jeśli ktoś ceni kuchnię śródziemnomorską i chce nauczyć się przygotowywać autentyczne wypieki we własnym domu, ta książka będzie znakomitym wyborem.

 


„Lokatorka” to thriller psychologiczny oparty na bardzo prostym, ale skutecznym pomyśle: co się stanie, gdy do własnego domu wpuścisz kogoś obcego i stopniowo przestaniesz mieć nad tym kontrolę. Fabuła skupia się na Blake’u Porterze, który po utracie pracy zaczyna mieć problemy finansowe i decyduje się wynająć pokój. Kiedy trafia na idealną lokatorkę, szybko okazuje się, że ta „idealność” jest raczej sygnałem ostrzegawczym niż zaletą, a sytuacja zaczyna wymykać się spod kontroli. Największą siłą tej książki jest atmosfera. Autorka bardzo sprawnie buduje napięcie, nie przez spektakularne wydarzenia, ale przez drobne, niepokojące szczegóły i stopniowe podważanie poczucia bezpieczeństwa bohatera. 

 Dom, który powinien być najbezpieczniejszym miejscem, staje się przestrzenią niepewności i paranoi. Narracja jest szybka i podporządkowana temu, żeby czytelnik cały czas chciał czytać dalej. Krótkie rozdziały i częste zwroty akcji sprawiają, że książkę pochłania się niemal jednym ciągiem. Freida McFadden dobrze rozumie mechanikę napięcia i potrafi manipulować oczekiwaniami czytelnika, co widać szczególnie w momentach, kiedy historia nagle zmienia kierunek. Jednocześnie trudno nie zauważyć, że ta dynamika odbywa się kosztem wiarygodności. Niektóre wydarzenia i decyzje bohaterów wydają się naciągane, jakby były podporządkowane efektowi zaskoczenia, a nie logicznemu rozwojowi fabuły. Główny bohater momentami podejmuje decyzje, które bardziej służą pchaniu historii do przodu niż wynikają z realistycznej psychologii postaci, przez co nie zawsze łatwo mu kibicować czy w pełni uwierzyć w jego reakcje. 

 „Lokatorka” najlepiej sprawdza się jako szybka, angażująca rozrywka, która ma trzymać w napięciu i zaskakiwać, nawet jeśli odbywa się to kosztem logiki. To książka, którą czyta się dla emocji i tempa, a nie dla głębi czy realizmu. Ja jak zwykle jestem zadowolona, bo uwielbiam książki Autorki i jeżeli też lubicie to na pewno będziecie zadowoleni:)

Lokatorka - Dreida McFadden


Cześć!

Mam na imię Iza i od zawsze jestem zakochana w książkach. Moja pasja do czytania towarzyszy mi od najmłodszych lat, a blogowanie stało się naturalnym przedłużeniem tej miłości. Pisanie o książkach to dla mnie nie tylko hobby, ale prawdziwa radość, którą dzielę się z innymi. Jeśli również kochasz literaturę, zapraszam Cię do mojego świata, pełnego inspiracji i pasji do słów!