Przejdź do głównej zawartości

SOCIAL MEDIA

 

Miura to książka, która zaskakuje nie tyle samym pomysłem na świat, co emocjonalnym ciężarem, jaki ze sobą niesie. Sięgając po nią, spodziewałam się kolejnej dystopii z egzaminami, władzą i walką o lepsze jutro. Tymczasem dostałam historię, w której świat jest tylko tłem, a prawdziwą siłą są relacje między bohaterami.

Największym atutem powieści jest psychologia postaci. Miura nie jest klasycznym bohaterem „do podziwiania” to postać niejednoznaczna, momentami irytująca, impulsywna, podejmująca decyzje, z którymi czytelnik nie zawsze chce się zgodzić. I właśnie dzięki temu jest prawdziwa. Autorka nie próbuje go wybielać ani usprawiedliwiać na siłę. Pozwala mu błądzić, ponosić konsekwencje i dojrzewać w sposób bolesny, ale wiarygodny.

Akcja Miury rozgrywa się w świecie po wielkim upadku cywilizacji, w rzeczywistości surowej, podzielonej i niesprawiedliwej. Dawna technologia stała się legendą, a dostęp do lepszego życia jest przywilejem nielicznych. Ludzie żyją w osadach, podporządkowani nowemu porządkowi, w którym o przyszłości decydują egzaminy i odgórnie narzucone zasady.

Głównymi bohaterami są bracia Miura i Zara. Miura to młody mężczyzna wychowany w cieniu marzeń o „lepszym świecie” — miejscu, gdzie istnieje prąd, porządek i bezpieczeństwo. Dla niego awans społeczny nie jest tylko ambicją, ale ucieczką od biedy i ograniczeń, które zna od dziecka. Wraz z bratem dorasta w trudnych warunkach, ucząc się, że każda decyzja ma swoją cenę.

Punktem zwrotnym fabuły staje się egzamin, który ma otworzyć drogę do innego życia. To właśnie on uruchamia serię wydarzeń zmuszających bohaterów do konfrontacji z własnymi pragnieniami, lękami i lojalnością wobec rodziny. Świat, który z daleka wydaje się obietnicą spełnienia, z bliska okazuje się pełen brutalnych kompromisów.

W miarę rozwoju historii Miura przestaje być wyłącznie opowieścią o przetrwaniu. Coraz większą rolę odgrywają relacje międzyludzkie, konflikty moralne i pytania o to, kim jesteśmy, gdy odbiera się nam wybór. Autorka pokazuje, że walka o lepszą przyszłość może prowadzić zarówno do wolności, jak i do utraty tego, co najważniejsze.

Ogromne wrażenie zrobiła na mnie relacja między braćmi pełna napięć, niewypowiedzianych żalów i miłości, która nie zawsze potrafi znaleźć właściwą formę. To jeden z tych wątków, które zostają z czytelnikiem długo po zakończeniu lektury, bo są bardzo ludzkie i bliskie codziennym doświadczeniom, nawet w tak odległej, futurystycznej rzeczywistości.

Styl Izabeli Maeng jest bezpośredni, momentami surowy, ale jednocześnie potrafi być zaskakująco czuły. Autorka nie boi się trudnych tematów: traumy, straty, poczucia niesprawiedliwości czy ceny, jaką płaci się za ambicję. Książka bywa ciężka emocjonalnie i nie zawsze „komfortowa” w odbiorze i to zdecydowanie działa na jej korzyść.

Dla mnie Miura to książka o wyborach i ich konsekwencjach, o pragnieniu wyrwania się z ograniczeń i o tym, że marzenia potrafią zarówno ratować, jak i niszczyć. To powieść, która nie próbuje przypodobać się wszystkim, ale tym bardziej zasługuje na uwagę.

Polecam ją czytelnikom, którzy szukają czegoś więcej niż szybkiej akcji  historii, która angażuje emocjonalnie i zostawia po sobie ślad.

Z niecierpliwością czekam na kolejną część! 

Miura - Izabela Maeng

 

„Sztuka twórczego życia” to inspirująca i bardzo potrzebna książka, która zachęca do spojrzenia na kreatywność w szerszym, bardziej codziennym kontekście. Katy Hessel – historyczka sztuki i popularyzatorka twórczości kobiet w świecie artystycznym – udowadnia, że twórcze życie nie jest zarezerwowane wyłącznie dla artystów, lecz może stać się częścią codzienności każdego z nas.

Książka ma formę zbioru krótkich refleksji i myśli, które można traktować jak mądrości na każdy dzień. Dzięki temu nie trzeba czytać jej od początku do końca jednym ciągiem – świetnie sprawdza się jako lektura na każdy dzień, po którą sięgamy aby znaleźć inspirację, motywację lub moment zatrzymania się i refleksji.

Autorka skupia się na idei kreatywności jako sposobu myślenia i przeżywania świata. Porusza tematy takie jak odwaga w tworzeniu, radzenie sobie z krytyką, strach przed oceną, potrzeba autentyczności oraz znaczenie wspólnoty i wzajemnego wsparcia w procesie twórczym. Wiele z tych myśli ma uniwersalny charakter i można je łatwo odnieść do codziennego życia – nie tylko do sztuki.

Dużą część książki stanowią odniesienia do historii sztuki oraz opowieści o artystkach, które musiały walczyć o swoje miejsce i głos. To sprawia, że „Sztuka twórczego życia” jest jednocześnie inspirująca i edukacyjna, a jej przesłanie nabiera głębi i kontekstu.

Moim zdaniem największą zaletą tej książki jest jej kojący, wspierający ton. Katy Hessel nie narzuca gotowych recept, lecz dzieli się myślami, które można interpretować na własny sposób. 

„Sztuka twórczego życia” polecam każdemu, kto szuka inspiracji, codziennej dawki mądrości i zachęty do życia w zgodzie z własną kreatywnością – niezależnie od tego, czy tworzy zawodowo, czy tylko dla siebie.



Sztuka twórczego życia - Katy Gessel


„Siedem razy lato” autorstwa Paige Toon to poruszająca powieść o miłości, która nie potrafi zniknąć, nawet wtedy, gdy życie konsekwentnie stawia bohaterów na rozdrożach. To historia rozpisana na lata, a dokładniej – na siedem kolejnych spotkań, do których dochodzi zawsze latem. Każde z nich jest inne, bo zmieniają się okoliczności, emocje i sami bohaterowie.

Książka opowiada o Liv i Finnie – dwojgu młodych ludzi, których los splata po raz pierwszy w wakacyjnym, niemal beztroskim czasie. Ich relacja zaczyna się spontanicznie i intensywnie, jednak bardzo szybko okazuje się, że nie wszystko jest tak proste, jak mogłoby się wydawać. Życie prowadzi ich w różnych kierunkach, zmuszając do podejmowania trudnych decyzji i rezygnowania z tego, czego w danym momencie najbardziej pragną.

Każde kolejne lato przynosi ich ponowne spotkanie – już w innych momentach życia, z innym bagażem doświadczeń i emocji. Autorka pokazuje, jak relacja ewoluuje wraz z upływem czasu: od młodzieńczej fascynacji, przez tęsknotę i niedopowiedzenia, aż po bardziej dojrzałe uczucia, naznaczone świadomością konsekwencji własnych wyborów. To opowieść o tym, że miłość nie zawsze pojawia się w odpowiednim momencie i że czasem trzeba zmierzyć się z pytaniem, czy warto o nią walczyć.

Moim zdaniem Paige Toon bardzo realistycznie przedstawia emocje bohaterów. Liv i Finn nie są idealni – popełniają błędy, ranią siebie nawzajem i często nie potrafią jasno określić, czego naprawdę chcą. Właśnie dzięki temu ich historia jest tak wiarygodna i poruszająca. Czytając, łatwo wczuć się w ich dylematy i zrozumieć, jak trudne bywają wybory między sercem a rozsądkiem.

Ogromnym atutem książki jest klimat. Lato pełni tu rolę nie tylko tła, ale symbolu chwil, które szybko mijają, a jednak zostają w pamięci na zawsze. Opisy ciepłych dni, podróży i momentów spędzanych razem potęgują wrażenie nostalgii i sprawiają, że książka wywołuje silne emocje.

Książka ma coś w sobie. To nie jest zwykły romans, lecz historia o dorastaniu, stracie, nadziei i o tym, że niektóre uczucia potrafią przetrwać próbę czasu. Polecam ją wszystkim, którzy lubią emocjonalne, życiowe opowieści o miłości – szczególnie tym, którzy wierzą, że pewne osoby pojawiają się w naszym życiu nieprzypadkowo.

 

Siedem razy lato - Paige Toon


Kolorowanka „Muminki – Miłe chwile” już od pierwszego spojrzenia budzi ciepłe skojarzenia. Okładka w pastelowych odcieniach różu i błękitu przypomina świat, który od lat kojarzy się z łagodnością, spokojem i odrobiną nostalgii. W centrum ilustracji widzimy grupę dobrze znanych bohaterów: Muminka, jego mamę, Małą Mi i Włóczykija, wspólnie spędzających zwyczajny, sielski moment wśród drzew i kwiatów. Ta codzienność - tak typowa dla Doliny Muminków  sama w sobie obiecuje, że w środku czeka coś kojącego, nieśpiesznego i pełnego dobrej energii.

 


Kolorowanka sprawia wrażenie starannie przemyślanej. Już sam wybór ilustracji na okładce sygnalizuje, że nie chodzi tu tylko o zabawę, ale również o powrót do świata, który wielu z nas zna z dzieciństwa. 

W środku ilustracje nie przytłaczają nadmiarem detali, ale też nie są przesadnie proste. Rysunki nieco zachowują charakterystyczny styl Tove Jansson - lekko owalne kształty, grube, wyraziste kontury, a także mnóstwo elementów natury: gałęzie, liście, kwiaty i charakterystyczne skandynawskie pejzaże. Każdy obrazek wydaje się zaproszeniem do tego, aby zatrzymać się choć na chwilę i po prostu pozwolić ręce pracować, a myślom odpocząć. Dzięki temu kolorowanie nie jest tu tylko czynnością manualną, ale ma w sobie coś z małego rytuału, uspokajającego i wyciszającego.

„Miłe chwile” zdają się zresztą być tytułem bardzo adekwatnym. Kolorowanka sprawia wrażenie stworzonej właśnie po to, aby można było otworzyć ją po długim, męczącym dniu, rozłożyć przed sobą kredki czy flamastry i odnaleźć na chwilę ten prosty, niemal dziecięcy rodzaj radości. Obrazy z Muminkami mają w sobie coś łagodnego - nie narzucają tempa, nie wywołują presji perfekcji, lecz zachęcają, aby kolorować tak, jak się chce, tak, jak podpowiada nastrój.

To także rodzaj kolorowanki, która może sprawić przyjemność zarówno dzieciom, jak i dorosłym. Dzieci znajdą w niej radosnych bohaterów i sympatyczne scenki, natomiast dorośli mogą docenić to, jak bardzo bliskie oryginalnej stylistyce są rysunki.

 


To właśnie ta atmosfera - pogodna, czuła i trochę sentymentalna - sprawia, że kolorowanka ma wyjątkowy charakter. Nie jest to wyłącznie zbiór obrazków do wypełnienia barwami. To zaproszenie do świata, w którym wszystko dzieje się wolniej, a zwykłe rzeczy - spacer, rozmowa, wieczór spędzony na trawie - mają wartość większą niż najbardziej spektakularne przygody.

„Muminki Miłe chwile” wydają się idealną propozycją dla osób, które szukają chwili oddechu, czegoś, co łączy prostą formę z ciepłym, bardzo kojącym nastrojem. To kolorowanka, którą można potraktować jak towarzyszkę relaksu: otwiera się ją nie tylko po to, by coś pokolorować, ale również po to, by choć na moment przenieść się w do Doliny Muminków, gdzie każdy dzień jest trochę spokojniejszy, a świat wydaje się bardziej przyjazny.


Kolorowanka Muminki Miłe chwile

 


Zwierzęta. Akademia mądrego dziecka. Kolorowy świat malucha”

„Zwierzęta” z serii Kolorowy świat malucha to książeczka, która od razu zwraca uwagę swoją prostotą i funkcjonalnością. To nie jest pozycja, która próbuje przytłoczyć dziecko nadmiarem bodźców -przeciwnie, jest spokojna, czytelna i bardzo dobrze dopasowana do możliwości najmłodszych.

 


 

Co mi się w niej podoba?

Przede wszystkim forma. Książeczka jest kartonowa, solidna i lekka. Maluch może sam ją chwycić, przewracać strony, a rodzic nie musi się obawiać o zagniecenia czy porwane kartki. Ilustracje są duże, wyraźne i kolorowe - idealne dla dziecka, które dopiero zaczyna poznawać świat zwierząt.

Dużym atutem są też puzzle, które dołączono do zestawu. To świetny pomysł, bo małe dzieci szybko nudzą się biernym oglądaniem, a możliwość dopasowania elementów sprawia, że książeczka zamienia się w aktywną zabawę. Puzzle są duże, grube i łatwe do trzymania w małych rączkach - dzięki temu naprawdę pomagają ćwiczyć koordynację i motorykę małą.

Podoba mi się także to, że całość nie jest „przeładowana”. Każdy element ma swoje miejsce i jasny cel: zdjęcie zwierzęcia, prosta nazwa, puzzel pasujący tematycznie. To wszystko jest intuicyjne nawet dla roczniaka.

To bardzo dobra książeczka dla najmłodszych, szczególnie dla dzieci od ok. 10 miesięcy do 2 lat. Jest bezpieczna, atrakcyjna wizualnie i angażująca dzięki puzzlom. Sprawdzi się świetnie jako pierwsze spotkanie z tematem zwierząt - idealna do wspólnego oglądania, nazywania i układania.

Jeśli jednak szukasz czegoś bardziej rozbudowanego, z treścią edukacyjną lub bogatszym zestawem zadań, to ta pozycja może okazać się zbyt prosta.


 



 

Wszystkie moje kłamstwa” to książka, która pokazuje, jak cienka potrafi być granica między niewinnym kłamstwem a życiem zbudowanym na fikcji. Główna bohaterka, Sloane Caraway, od dawna przywykła do tego, by dostosowywać prawdę do tego, jak chce być postrzegana. Jej kłamstwa nie wynikają z okrucieństwa — bardziej ze strachu, potrzeby akceptacji i poczucia, że „prawdziwa ona” nigdy nie będzie wystarczająca. Jedno z tych kłamstw prowadzi ją do pracy jako niania w bogatym, eleganckim domu Violet i Jaya Lockhartów

Violet wydaje się kobietą, która ma wszystko: urodę, status, pieniądze i pozornie idealne życie. Jednak autorka szybko obnaża złudzenie perfekcji - w małych gestach, w chłodzie między słowami, w tym, jak Violet patrzy na swoje dziecko i męża. Jej świat jest tak samo kruchy jak świat Sloane, tylko lepiej zamaskowany. Relacja między Sloane a Violet nie jest prosta - jest pełna napięcia, domysłów, fascynacji i lęku. To jedna z najmocniejszych części książki: to, jak te dwie kobiety odbijają się w sobie nawzajem. Sloane widzi w Violet to, kim chciałaby być. Violet widzi w Sloane swoją przyszłość.

Dom Lockhartów staje się przestrzenią, w której nic nie jest takie, jak wygląda - i to napięcie rośnie z każdym rozdziałem. Autorka świetnie buduje klimat niepokoju. Nie dostajemy od razu rozwiązań. Zamiast tego czytelnik obserwuje, jak kłamstwa zaczynają się zaciskać jak pętla - bardzo powoli, ale konsekwentnie.

Największą siłą książki jest psychologia postaci. Sloane nie jest bohaterką, którą łatwo polubić  ale właśnie dlatego jest tak ludzka. Popełnia błędy, wybiera najgorsze możliwe rozwiązania, potyka się na własnych emocjach. I w tym wszystkim jest prawdziwa. Violet natomiast to postać, która wciąż zmienia się w oczach czytelnika raz budzi współczucie, raz niepokój, raz irytację. Autorka bardzo świadomie prowadzi tę relację tak, by czytelnik nigdy nie czuł się pewnie.

Kiedy dochodzi do finału, wszystko nabiera tempa. Sekrety pękają naraz, a prawda nie przynosi ukojenia  raczej konsekwencje. To zakończenie, które zostawia w głowie pustą ciszę, taką, w której człowiek musi chwilę posiedzieć i przemyśleć, co właściwie widział

To nie jest typowy thriller ani lekka obyczajówka. To książka o tym, jak bardzo pragniemy, żeby ktoś nas zobaczył  naprawdę, pod warstwą wstydu, oczekiwań i pozorów. Sophie Stava pisze z ogromną wrażliwością  bez moralizowania, bez oceniania. Zamiast tego pokazuje, że kłamstwa nie zawsze rodzą się z egoizmu. Czasem z pragnienia, żeby choć raz, ktoś powiedział nam: jesteś wystarczająca

 

Wszystkie moje kłamstwa - Sophie Stava


 

„Miłość mojego (nie)życia” to książka która w bardzo lekki, czasem wręcz absurdalnie zabawny sposób porusza temat śmierci, nadziei i tego, jak mocno pragniemy być kochani. Główna bohaterka, Delphie, umiera w najbardziej niezręczny sposób, jaki można sobie wyobrazić – dławiąc się burgerem z mikrofali. Jej śmierć jest jednocześnie tragiczna i komiczna, co od razu ustawia ton całej powieści. Delphie trafia do swego rodzaju „poczekalni zaświatów”, gdzie pojawia się również pewien nieznajomy mężczyzna. Chwila rozmowy wystarcza, by między nimi pojawiło się uczucie tak silne, że wydaje się ważniejsze niż sama śmierć. Kiedy jednak okazuje się, że mężczyzna trafił do zaświatów przez pomyłkę i zostaje natychmiast odesłany z powrotem na Ziemię, Delphie ma wrażenie, że właśnie utraciła swoją jedyną szansę na miłość.

Jednak los daje jej możliwość powrotu. Delphie wraca na Ziemię. Ma zaledwie dziesięć dni, by odnaleźć mężczyznę z zaświatów. Wyrusza więc na poszukiwania, a pomaga jej w tym znienawidzony sąsiad.

To, co naprawdę wyróżnia tę książkę, to Delphie jako bohaterka. Nie jest idealna, nie jest pewna siebie, nie ma w sobie „filmowej” doskonałości. Jest ciepła, trochę zagubiona, czasem zupełnie bezradna, ale jednocześnie bardzo szczera. Dzięki temu łatwo ją polubić i całym sercem kibicować jej w misji, która wydaje się jednocześnie urocza i szalona.

Kirsty Greenwood pisze w niezwykle swobodny i lekki sposób. Dialogi są naturalne, humor nie jest wymuszony, a narracja płynie jak rozmowa z przyjaciółką. Mimo zabawnej powierzchni książka porusza jednak ważną myśl: czasem musimy stracić wszystko, by naprawdę zacząć żyć.

Miłość w tej powieści jest pokazana jako coś nieoczywistego, kruchego i wartego wysiłku. Nie jako bajkowy happy end, ale jako wybór, który trzeba podjąć świadomie.

Jeżeli macie ochotę na zupełnie nierealną książkę, która was wzruszy ale i zaciekawi to polecam:)


 

Koty w butach to szybka i wesoła gra rodzinna od wydawnictwa Egmont, która idealnie sprawdza się jako lekka rozrywka dla dzieci i dorosłych. To tytuł, który łączy prostotę zasad z przyjemnym tempem i piękną oprawą graficzną. Już sam tytuł przyciąga uwagę, bo jak tu nie uśmiechnąć się na myśl o kotach paradujących w kolorowych butach.


Co znajdziemy w pudełku?

W pudełku znajduje się:

  • 21 kart z ilustracjami kotów w różnokolorowych butach oraz akcesoriach

  • 2 kostki 

  • instrukcja, która w prosty sposób tłumaczy zasady.

Dla kogo jest ta gra?

Gra przeznaczona jest od 8 lat, ale moim zdaniem spokojnie poradzą sobie także dzieci od 6 roku życia, zwłaszcza jeśli zagrają z dorosłymi.
Najlepiej gra się w gronie 2–4 osób, ale przy większej liczbie graczy również można się świetnie bawić wtedy robi się trochę bardziej chaotycznie, co dodaje uroku.

Czas jednej rozgrywki to około 10–15 minut.

Jak przebiega gra?

Zasady są bardzo proste i tłumaczy się je w minutę. Na stole rozkładamy wszystkie karty z kotami, tak by każdy dobrze je widział. Gracz rzuca dwoma kostkami z kolorami. Wszyscy gracze jednocześnie przeszukują rozłożone karty i próbują jak najszybciej znaleźć kota, który spełnia wymogi kolorystyczne.

Kto pierwszy dotknie odpowiedniej karty, zdobywa punkt. Potem znów rzut kostkami i kolejna runda!
Gra trwa do momentu, aż na stole zabraknie karty z kocią łapką.

Brzmi prosto? Tak właśnie jest ale to właśnie w tej prostocie tkwi urok. Gra jest szybka, głośna i pełna śmiechu, bo czasem wszyscy rzucają się na jednego kota naraz.

Przyznam, że Koty w butach pozytywnie mnie zaskoczyły. Spodziewałam się typowej gry dla dzieci, a tymczasem dostałam tytuł, który naprawdę potrafi wciągnąć dorosłych. Rywalizacja jest szybka i emocjonująca — szczególnie gdy gracze są równie spostrzegawczy i każdy stara się być o ułamek sekundy szybszy.

Największym atutem gry jest to, że uczy koncentracji, refleksu i spostrzegawczości, a jednocześnie nie wymaga długiego przygotowania ani tłumaczenia zasad. To idealna propozycja dla rodzin, które chcą spędzić razem 15 minut dobrej zabawy bez stresu i skomplikowanych reguł.


 

Koty w butach gra karciana


 

Freida McFadden po raz trzeci zabiera czytelników do niepokojącego świata Millie - kobiety, która przeszła długą drogę od skromnej pomocy domowej z kryminalną przeszłością, do żony, matki i pozornie spełnionej kobiety. Wydawałoby się, że Millie w końcu odnalazła szczęście. Ma kochającego męża Enzo, dzieci i własny dom na spokojnym osiedlu. Ale jeśli ktoś zna twórczość McFadden, ten wie, że spokój u niej nigdy nie trwa długo.

Nowe życie Millie zaczyna pękać, gdy w jej otoczeniu pojawiają się ludzie, których zachowanie jest zbyt dziwne, by uznać je za przypadek. Tajemniczy sąsiedzi, dziwne odgłosy, subtelne sygnały, że ktoś ich obserwuje – wszystko to powoli buduje atmosferę napięcia, z której autorka słynie. I choć tym razem nie ma wielkiej posiadłości ani bogatych pracodawców, to McFadden udowadnia, że największy horror może kryć się tuż za płotem, wśród ludzi, którzy wydają się tacy „normalni”.

To, co mnie ujęło w tej części, to dojrzalsze oblicze Millie. W pierwszym tomie była pełna tajemnic i gniewu, w drugim trochę zagubiona, a tutaj staje się bardziej świadoma, rozsądniejsza i paradoksalnie bardziej ludzka. Widać, że przeszłość ją ukształtowała. Nie jest już ofiarą, tylko kobietą, która zrobi wszystko, by chronić swoją rodzinę. Dzięki temu emocje w tym tomie są silniejsze, bo Millie ma coś do stracenia  i to sprawia, że każdy krok, który podejmuje, nabiera większej wagi.

McFadden jak zawsze pisze w sposób, który uzależnia. Krótkie rozdziały, szybkie tempo i ciągłe niedopowiedzenia sprawiają, że książkę czyta się niemal jednym tchem. Autorka perfekcyjnie dawkuje napięcie, niby nic się nie dzieje, a jednak czujemy, że zaraz wydarzy się coś złego. To ten rodzaj thrillera, w którym nie potrzeba krwi ani pościgów wystarczy jedno niepokojące zdanie, by czytelnik zaczął nerwowo zerkać na kolejną stronę.

Uważam, że „Pomoc domowa. Z ukrycia” to lepsza książka niż druga część serii. W „Sekrecie” brakowało mi świeżości, akcja była trochę przewidywalna i zbyt podobna do pierwszej części. Tymczasem tutaj McFadden znalazła sposób, by tchnąć w historię nową energię. Zmiana scenerii na spokojne przedmieścia i wprowadzenie wątku rodzinnego sprawiły, że całość nabrała emocjonalnej głębi. Miałam wrażenie, że autorka w końcu wie dokładnie, kim jest jej bohaterka i jaką historię chce opowiedzieć.

Nie brakuje też zwrotów akcji  i choć niektóre można przewidzieć, to kilka momentów naprawdę mnie zaskoczyło. Zakończenie, w typowym dla McFadden stylu, jest mocne i satysfakcjonujące. Wszystko łączy się w całość, a mimo to autorka zostawia pewien niepokój  takie uczucie, że to jeszcze nie koniec, że Millie wciąż nie zaznała prawdziwego spokoju.

Pierwszy tom serii nadal pozostaje moim ulubionym  był świeży, intensywny i zaskakujący. To tam McFadden po raz pierwszy pokazała swój talent do tworzenia psychologicznie nieoczywistych historii. Jednak „Z ukrycia” jest bardzo blisko tego poziomu. To świetne domknięcie historii, bardziej dojrzałe i emocjonalne, a jednocześnie nadal trzymające w napięciu.

Podsumowując: „Pomoc domowa. Z ukrycia” to mocny, wciągający thriller psychologiczny, który pokazuje, że Freida McFadden wciąż potrafi zaskakiwać. To historia o strachu, lojalności i granicach, które człowiek jest w stanie przekroczyć w imię ochrony najbliższych. Lepsza od drugiej części, spójna i emocjonalna, ale pierwsza wciąż pozostaje tą najbardziej niezapomnianą.

Pomoc domowa. Z ukrycia - Freida McFadden

 

Po pierwszej części – „Pomoc domowa”  miałam spore oczekiwania wobec kontynuacji. Freida McFadden dała się poznać jako mistrzyni tworzenia dusznej atmosfery, pełnej manipulacji, kłamstw i zaskakujących zwrotów akcji. „Pomoc domowa. Sekret” miała być powrotem do świata Millie, kobiety, która z pozoru jest zwykłą służącą, a w rzeczywistości ma za sobą trudną przeszłość i nieprzewidywalny charakter. Niestety, choć książkę czyta się błyskawicznie, to tym razem nie wszystko zagrało tak dobrze, jak w pierwszej części.

Akcja rozpoczyna się kilka lat po wydarzeniach z pierwszego tomu. Millie próbuje ułożyć sobie życie, ale wciąż szuka pracy, która dałaby jej stabilność. Gdy trafia do domu państwa Garricków, wydaje się, że tym razem wszystko pójdzie spokojnie. Jednak bardzo szybko wyczuwa, że coś w tej rodzinie jest nie tak  pani domu zachowuje się dziwnie, unika kontaktu, a mąż kontroluje każdy jej krok. Z początku Millie myśli, że to klasyczny przypadek przemocy domowej, ale z czasem odkrywa, że w tej historii kryje się coś o wiele bardziej mrocznego.

Muszę przyznać, że Freida McFadden nadal potrafi utrzymać napięcie. Jej styl jest szybki, wciągający, bardzo filmowy. Każdy rozdział kończy się w sposób, który wręcz zmusza do czytania kolejnego a to ogromny plus. Autorka świetnie wykorzystuje motyw zamkniętej przestrzeni i narastającego niepokoju. Z tej strony książka naprawdę działa.

Z drugiej jednak strony, zabrakło mi świeżości. Wiele schematów powtarza się z pierwszej części – tajemniczy dom, niebezpieczne relacje, nagłe zwroty akcji. Tym razem miałam wrażenie, że wszystko jest bardziej przewidywalne, a niektóre momenty wręcz przerysowane. Bohaterowie wydają się trochę mniej wiarygodni, a zakończenie choć zaskakujące nie wywołało już u mnie tego efektu „wow”, który czułam przy pierwszym tomie.

Millie w tej części wydaje się bardziej impulsywna i momentami trudna do zrozumienia. Jej decyzje bywają nieracjonalne, a dialogi miejscami brzmią zbyt teatralnie. Zabrakło mi też głębszego spojrzenia na jej psychikę – autorka bardziej skupia się na akcji niż na emocjach postaci.

Mimo tych wad, „Pomoc domowa. Sekret” to nadal dobry thriller rozrywkowy  taki, który wciąga na jeden lub dwa wieczory, daje dreszczyk emocji, ale nie zostawia po sobie głębszego śladu. To książka idealna na odpoczynek po ciężkim dniu, jeśli nie oczekuje się zbyt wiele od fabuły i chce się po prostu dać porwać historii.

Pomoc domowa. Sekret - Freida McFadden

 


Po książkę „Zmysłowa idealna żona” sięgnęłam z nadzieją na ciekawy romans z nutą tajemnicy. Sam pomysł wydawał się intrygujący  mąż znika w katastrofie, żona pogrążona w żałobie próbuje ułożyć życie na nowo, aż nagle okazuje się, że on żyje. Brzmi jak obietnica emocji, napięcia i refleksji nad tym, czym naprawdę jest miłość i zaufanie. Niestety, to, co otrzymałam, było zupełnie inne, niż się spodziewałam.

Fabuła, choć z pozoru dramatyczna, szybko zamienia się w dość chaotyczną i mało wiarygodną opowieść. Wydarzenia następują po sobie zbyt szybko, jakby autorki bały się, że czytelnik się znudzi. Zamiast budowania napięcia i rozwoju relacji, dostajemy serię scen erotycznych, które mają chyba zastąpić emocjonalną głębię  ale dla mnie były raczej nużące niż zmysłowe. W pewnym momencie miałam wrażenie, że każda rozmowa kończy się w ten sam sposób, a bohaterowie nie potrafią rozwiązać żadnego problemu inaczej niż w łóżku.

Największym rozczarowaniem okazali się bohaterowie. Kate, żona, która powinna wzbudzać współczucie i sympatię, wydaje się nijaka i płytka. Trudno zrozumieć jej decyzje, a jej emocje wydają się nieprzemyślane i przerysowane. Z kolei Price, cudownie „wskrzeszony” mąż, jest postacią bez charakteru – momentami tajemniczy, a chwilę później zupełnie bezbarwny. Ich relacja, która mogła być pełna napięcia i niedopowiedzeń, wypada po prostu sztucznie.

Język i dialogi też mnie nie przekonały. Miejscami brzmią, jakby były tłumaczone z automatu nienaturalnie i banalnie. Niektóre kwestie są tak przerysowane, że trudno traktować je poważnie. Brakuje tu autentyczności, a sceny, które miały być romantyczne, momentami są wręcz niezręczne.

Szkoda, bo sam pomysł miał potencjał  można było z tego stworzyć ciekły thriller romantyczny z psychologicznym tłem. Tymczasem powstała historia, która próbuje być erotyczna i dramatyczna jednocześnie, ale ostatecznie nie jest ani jednym, ani drugim.

Dla mnie „Zmysłowa idealna żona” to książka, która rozczarowuje na wielu poziomach. Nie wciąga, nie wzrusza, nie zostawia po sobie żadnych emocji oprócz znużenia. Nie wymagam od romansu wielkiej głębi filozoficznej, ale oczekuję chociaż bohaterów, którym mogę kibicować tutaj tego zabrakło.

Podsumowując: to lektura, po której zostało mi tylko poczucie zmarnowanego pomysłu. Zamiast historii o miłości, zdradzie i przebaczeniu, dostałam przesadzoną opowieść pełną sztucznego napięcia i płaskich emocji. Nie poleciłabym jej nikomu, kto szuka książki z prawdziwym uczuciem czy dobrze poprowadzoną intrygą.


Krystyna Mirek po raz kolejny udowadnia, że potrafi pisać o życiu zwyczajnych ludzi w sposób niezwyczajnie prawdziwy. „Do trzech razy miłość” to powieść o kobietach, które  mimo różnicy wieku i doświadczeń  łączy jedno: pragnienie bliskości i nadzieja, że na szczęście nigdy nie jest za późno.

Akcja toczy się w spokojnej miejscowości, gdzie życie płynie swoim rytmem, a każdy zna każdego. Poznajemy trzy bohaterki: babcię, córkę i wnuczkę, które należą do jednej rodziny, ale każda z nich mierzy się z własnymi problemami i uczuciami. Łucja, wdowa, po latach samotności zaczyna się zastanawiać, czy los nie ma dla niej jeszcze jednej niespodzianki. Ania, jej córka, silna i rozsądna nauczycielka, pozornie ma wszystko pod kontrolą, choć w środku czuje pustkę. Klara, najmłodsza z nich, dopiero uczy się życia i miłości, a jej młodzieńcze ideały zderzają się z rzeczywistością.

Autorka pokazuje, że miłość nie ma wieku, a każda z kobiet ma prawo do nowego początku. Bardzo cenię w tej książce to, że autorka nie przedstawia miłości w sposób przesłodzony. To uczucie bywa tu trudne, czasem zaskakujące, czasem wymagające odwagi. Właśnie przez to opowieść wydaje się szczera i życiowa.

Największą siłą tej powieści jest jej autentyczność. Bohaterki nie są idealne. Popełniają błędy, kierują się emocjami, czasem same sobie utrudniają szczęście. Ale dzięki temu stają się bliskie czytelnikowi. Widzimy w nich siebie: nasze lęki, nasze marzenia, nasze niespełnienia. I to sprawia, że ta książka trafia prosto do serca.

Styl Krystyny Mirek jest lekki i ciepły, ale jednocześnie pełen refleksji. Nie ma tu wielkich dramatów ani zaskakujących zwrotów akcji, lecz jest coś cenniejszego, codzienność opowiedziana z empatią i zrozumieniem. To jedna z tych historii, które przypominają, że szczęście często kryje się w małych rzeczach: w rozmowie, w odwadze powiedzenia „tak”, w umiejętności wybaczenia sobie.

Osobiście uważam, że „Do trzech razy miłość” to jedna z najdojrzalszych i najbardziej poruszających książek Krystyny Mirek. Czyta się ją lekko, ale zostawia po sobie głębsze przemyślenia. To nie tylko historia o miłości, lecz także o relacjach rodzinnych, o tym, jak różne pokolenia uczą się od siebie nawzajem i jak trudno czasem otworzyć się na zmianę.

To powieść, którą poleciłabym każdemu, kto potrzebuje nadziei. Nie tej bajkowej, ale prawdziwej takiej, która mówi: nawet jeśli życie nie zawsze układa się po naszej myśli, to zawsze może się zdarzyć coś dobrego.
To książka, która sama się czyta i człowiek nawet nie wie kiedy, a już jest na ostatniej stronie. Niestety na kontynuację losów Łucji, Klary i Ani będziemy musieli czekać aż do stycznia, a kolejna część już ostatnia ma mieć premierę w kwietniu. 

Do trzech razy miłość - Krystyna Mirek


Cześć!

Mam na imię Iza i od zawsze jestem zakochana w książkach. Moja pasja do czytania towarzyszy mi od najmłodszych lat, a blogowanie stało się naturalnym przedłużeniem tej miłości. Pisanie o książkach to dla mnie nie tylko hobby, ale prawdziwa radość, którą dzielę się z innymi. Jeśli również kochasz literaturę, zapraszam Cię do mojego świata, pełnego inspiracji i pasji do słów!